Dotknąć Afryki
Coraz bardziej dotykamy prawdziwej Afryki. Poznajemy, szczególnie Basia, język swahili, podstawowe słowa również w języku luo. Zacieśniają się kontakty z mieszkańcami, szczególnie Kowak, i to z rozmaitych przyczyn. Bywamy w domach, spotykamy się z różnymi pokoleniami Tanzańczyków.
Cieszymy się z tego bardzo, ale jednocześnie smucimy. Wiedzieliśmy, że to biedny kraj. Powierzchowna znajomość kraju to potwierdziła. Jednakże coraz większa bliskość rzeczywistości tanzańskiej przeraża nas. Bieda totalna, niewyobrażalna, trudna do opisania słowem. Co chwilę stajemy w obliczu dylematów – jak pomóc. Pokorniejemy coraz bardziej wobec niedoli dzieci, ich rodziców i dziadków. Nie można pomóc wszystkim, a więc zawsze stajemy przed wyborem. Niestety te wybory dotyczą również kwestii życia lub śmierci. Nigdy nie uodpornimy się na nieszczęście, to już wiemy.
Pomagamy na ile pozwalają nasze skromne środki i wbrew zdrowemu rozsądkowi ciągle powiększamy pomoc, bo coś jest dla nas nie do zniesienia. Dlatego jesteśmy tak bardzo wdzięczni za wszystko, co otrzymujemy z kraju. Nie da się przeliczyć tego na radość, wdzięczność, zdrowie. Wszystko jest wyrazem Waszej miłości do ludzi, a ona nie jest policzalna. Albo jest albo jej nie ma. My doszliśmy właściwie do punktu, w którym zwracamy uwagę jedynie na wyżywienie. Otacza nas wszechobecny głód, szczególnie u dzieci. Do tego straszliwa monotonia w żywieniu, na równi groźna z brakiem żywności w ogóle. I na to przeznaczamy przede wszystkim nasze pieniądze.
Dotykamy głodu, dotykamy śmierci. Ciężko. To najtrudniejsze w naszej misyjnej pracy. Jeszcze nie zdążyliśmy wysłać tego tekstu, a już jakby na potwierdzenie wszystkich naszych słów… – dziś rano nie pojawili się Jossie i Isaaka. Basia poszła do ich chaty i… Okazalo sie, że są same w domu, ciężko chore. Zaniosła je dosłownie do szpitala (ja byłem akurat w Nanchabakenia), malaria „niepoliczalna”. Zastrzyki, leki, ostatni moment na ratunek. Już dokładnie wiemy, dlaczego miliony dzieci umierają na malarię, to nie tylko brak pieniędzy, ale też beztroska, niewiedza, że choroba jest śmiertelna, nie do pokonania przez sam organizm, bez wspomagania lekami. Ta dwójka jest nam bliska, są grzeczni, sympatyczni, mają dla nas zawsze uśmiech. Dostaliśmy niezłego psychicznego kuksańca.
Barbara i Aleksander Szanieccy